Z Biłgoraja do Hollywood!

Dzisiaj mały jubileusz na blogu – to nasz 50. wpis! 🙂 Trzeba to było oczywiście dobrze uczcić, a z pomocą przyszła nam pewna niespodzianka na trasie… długiej trasie, bo ponad 80-kilometrowej!

Poranek rozpoczęliśmy na doskonałych pozycjach wyjściowych, tuż za Biłgorajem. Po kilkuset zaledwie metrach wjechaliśmy do lasu, który miał nam towarzyszyć przez połowę dnia. Lasu nie byle jakiego! Towarzyszyły nam już na trasie tego rajdu wielkie leśne kompleksy, puszcze, parki krajobrazowe i narodowe – dziś dołączyły do nich Lasy Janowskie. Chronione w ramach parku krajobrazowego są z pewnością jednym z większych obszarów leśnych w regionie, a wspólnie z całą Puszczą Solską, której są częścią, nawet w całej Polsce. Zacienione i dobrze utwardzone dukty (miejscami wyborny asfalcik, bez żadnych samochodów oczywiście) pomagały nam sprawnie i z dużą radością pokonywać kolejne poranne kilometry.

Po drodze do najważniejszego, z turystycznego punktu widzenia, miejsca na naszej trasie przejechaliśmy przez kilka śródleśnych wsi, m. in. przez Momoty Górne. Przystanęliśmy tu na dłuższą chwilę, gdyż nasz przewonik podpowiadał, że jest tu niezwykle ciekawy kościółek. Wcale nie stary, ani stylowy, ale przez historię powstania i wystrój z pewnością wyjątkowy. Zbudował go w latach 1972-75, wspólnie z parafianami, nowoprzybyły do Momot ks. Kazimierz Pińciurek. Co ciekawe nikt z budujących nie miał doświadczenia, ani wiedzy budowlanej, a tym bardziej artystycznej. Determinacja i ciężka praca pozwoliła im jednak dokonać czegoś niezwykłego – zawezwani swego czasu do pomocy eksperci z ASP, odmówili pomocy, argumentując to tym, że zatarliby oryginalność wystroju świątyni. 😀 No to pozostała, tak jak jest, udekorowana w większości przez księdza artystę-samouka. Gdy przyjechaliśmy właśnie zaczynał się kapitalny remont, więc niedługo będzie pewnie jeszcze piękniejsza!

W Momotach napotkaliśmy też pomnik płk. T. Zieleniewskiego, dowódcy jednego z ostatnich większych oddziałów WP w czasie kampanii wrześniowej. Żołnierze Zieleniewskiego walczyli w okolicy zarówno z Niemcami, jak i Sowietami, próbując przebić się na południe, ku granicy z Węgrami. Pomimo początkowych sukcesów, 15-tysięczne zgrupowanie niedobitków z różnych jednostek liniowych, musiało w końcu uznać beznadziejność swego położenia i daremność dalszej walki. 1 października 1939, wierząc w sowieckie zapewnienia o rychłym zwolnieniu jeńców, Polacy złożyli broń. Epilog tej historii w mig tłumaczą dodatkowe tablice na pomniku z listą katyńską oficerów i podoficerów zgrupowania oraz dopisek o tym, że tylko nielicznym szeregowcom udało się dołączyć po latach do Armii Andersa…

Kilka kilometrów dalej, zjeżdżając z głównej drogi jeszcze głębiej w las i mijając czerwone tablice z napisem „Rezerwat Przyrody Lasy Janowskie”, dotarliśmy do miejsca największej bitwy partyzanckiej II wojny światowej na ziemiach polskich. 14 czerwca 1944 roku Porytowe Wzgórze stało się areną zaciekłego starcia pomiędzy zgrupowaniem partyzantów polskich (głównie z AL, ale był wśród nich również niewielki oddział AK) i radzieckich (a może powinniśmy pisać sowieckich?) pod dowództwem płk. Nikołaja Prokopiuka, a zgrupowaniem różnych jednostek niemieckich działającym w ramach wspomnianej we wczorajszym wpisie operacji Sturmwind IMimo wielokrotnej przewagi Niemców (10-1), a nawet częściowego wyparcia obronców z ich pozycji w toku walki, dzięki brawurowym kontratakom partyzantów udało się powstrzymać natarcie. A co najlepsze, po całodziennej bitwie, pod osłoną nocy okrążeni wyszli z matni bez jednego wystrzału, znajdując lukę w pozycjach nieprzyjaciela. Potyczka znana też jako „Bitwa nad Branwią” zakończyła się spektakularnym sukcesem partyzantów i totalną klęską Niemców, którzy stracili w niej kilkuset poległych i wielu rannych. Miejsce walk upamiętnia niewielki cmentarz poległych żołnierzy zgrupowania Prokopiuka i pomnik wystawiony w 30-stą rocznicę bitwy, reprezentujący głęboki socrealizm. 😉

Z Porytowego Wzgórza udaliśmy się już prosto do miasta, od którego wzięły nazwę okoliczne lasy – Janowa Lubelskiego. Zatrzymaliśmy się tam na dłuższy postój obiadowy i uzupełniwszy zapasy energii, wkrótce wyruszyliśmy w dalszą drogę, zmieniając otoczenie niemalże o 180 stopni. Lasy ustąpiły bowiem rolniczym terenom Wyżyny Lubelskiej i dało się to bardzo mocno odczuć w promieniach popołudniowego słońca. A przed nami wciąż było jeszcze kilkadziesiąt kilometrów jazdy…

Cóż ciekawego może spotkać rowerzystów jadących przez polską wieś? Otóż pod Kraśnikiem można stać się świadkiem niezwykłej anomalii, teleportującej do słonecznej Kalifornii… do Hollywood! 😀 Nie wierzycie? Zobaczcie na zdjęciach sami! 😀

Po dobrych 80 kilometrach jazdy, z góry i pod górkę, po asfalcie, szutrze i błocie, w cieniu i w słońcu, w końcu dotarliśmy na nocleg w okolicach Kraśnika. To był dłuuugi dzień. 🙂 Kolejny na tym rajdzie! I choć chciałoby się jeszcze takich dni więcej, to kolejne znikające okienka w elektronicznym kalendarzu podpowiadają, że już czas do domu. Jutro zatem obieramy kierunek na Lublin – chyba nasze ulubione miejsce na finał rajdu! 😉

 

 

Total distance: 83.02 km
Total time: 08:44:48