W krainie konika polskiego

Dużo leśnych duktów bez ruchu samochodowego, odrobina słoneczka, najlepiej za chmurami, do tego kontakt z dziką naturą i szczypta partyzanckich historii… Czy trzeba czegoś więcej, aby rajdowy dzień zaliczyć do udanych? Przejechany przez nas dziś dystans mówi sam za siebie!

Od samego rana, wszystko wskazywało, że to będzie dobry dzień. Temperatura powietrza bardzo przyjemna, okolica z której startowaliśmy niezwykle malownicza, a planowana trasa dla ambitnych turystów-kolarzy, czyli długa i najeżona ciekawymi miejscami. Wyruszyliśmy wcześnie i ochoczo, mając przed sobą taką perspektywę. 😉

Zaraz za Zwierzyńcem nasz dzisiejszy szlak zaprowadził nas w miejsce cudowne, takie które pamięta się jeszcze długo po zakończeniu rajdu i we wspomnieniach wraca do nich mówiąc: „A pamiętasz jak na tym pięknym odcinku…”. W naszej kolekcji takich wspomnień z pewnością wyróżniają się m. in. Puszcza Białowieska czy Poleski Park Narodowy. Dziś dołączył do nich Roztoczański Park Narodowy z odcinkiem Zwierzyniec – Florianka, który pokonaliśmy na rowerach. Wisienką na tym torcie turystycznego zachwytu było natomiast to, że droga, którą się poruszaliśmy, jest dostępna tylko dla pieszych i rowerzystów. Pieszym życzymy na tej trasie miłego kilkugodzinnego spaceru… rowery rządzą! 😉

O ile droga i otoczenie naturalnego lasu mieszanego były same w sobie atrakcją, zaiste pierwszej kategorii, o tyle nie był to ich koniec. We Floriance prowadzona jest bowiem hodowla konika polskiego – zwierzęcia będącego symbolem parku. Trzeba było zobaczyć uśmiech Sylwii, gdy dwa koniki zdecydowały się do nas podejść, żeby zrozumieć wagę tego momentu. Bezcenny! 🙂

Dalej nasz szlak wiódł cały czas w kierunku Józefowa, miejsca z którego kilka dni temu odbiliśmy na Zamość. Tym samym mieliśmy dziś zawiązać pętlę na Roztoczu Środkowym (chyba najbardziej atrakcyjnej turystycznie cześci), tak żeby z czystym turystycznym sumieniem jechać dalej. Tym samym zamieniliśmy jodłowy bór mieszany i żyzną buczynę karpacką (tak pięknie nazywają się dominujące w RPN typy lasu) na bór sosnowy, królujący w Puszczy Solskiej. Patrząc z perspektywy miejsca, gdzie planowaliśmy nocować, zaczeliśmy mocno nadrabiać drogi. To zaś oznaczało jedno – jedziemy zobaczyć coś ciekawego!

W leżącej u południowych granic puszczy wsi Osuchy, tuż przy drodze wojewódzkiej nr 849, znajduje się największy cmentarz partyzancki w Polsce i prawdopodobnie jeden z największych w całej Europie. Pochowani są na nim żołnierze Batalionów Chłopskich i Armii Krajowej polegli 25-26 czerwca 1944 roku w bitwie pod Osuchami. Oprócz samego cmentarza, który robi spore wrażenie, mieliśmy też duże szczęście zobaczyć okolicznościową (na 100-lecie niepodległości) wystawę, przedstawiającą na planszach historię żołnierzy tych oddziałów i samej bitwy. Co ciekawe partyzanci byli w okolicznych lasach (Janowskich, Roztoczańskich, Puszczy Solskiej) tak silni, że niemieccy okupanci nie mogli utrzymać kontroli nad tym rejonem Generalnego Gubernatorstwa. W obliczu szybko zbliżającego się frontu wschodniego, przyniosło to partyzantom zagładę, gdyż hitlerowcy skoncentrowali aż 30 tysięcy (!) żołnierzy, aby rozprawić się z podziemiem. W dwóch operacjach – najpierw Sturmwind I w Lasach Janowskich, potem Sturmwind II w Puszczy Solskiej – zamknęli w matni okrążenia ok. 3 tysiące chłopców z lasu. O ile za pierwszym razem udało się wymknąć i zadać Niemcom dotkliwe straty (być może jeszcze coś o tym napiszemy, bo zamierzamy przez miejsce tego boju również przejechać), o tyle pod Osuchami doszło do tragedii. Z okrążenia wyszli tylko nieliczni, większość poległa w walce, a najgorszy los spotkał rannych i tych, którzy sądzili, że zdołają się ukryć na pobliskich moczarach. Niemcy wynajdywali i rozstrzeliwali na miejscu, każdego kto znalazł się w okolicy, nie wyłączając mieszkanców okolicznych wsi, czy leśników. Każdy mógł być przecież partyzantem… Na długo po wojnie w okolicznych lasach wciąż znajdowane były zaś szczątki ukrytych przez kolegów rannych, których nie znaleźli ani hitlerowcy, ani nikt inny. Na jednej z tablic widzieliśmy zdjęcia z ceremonii pogrzebowej partyzanta odnalezionego w… 1994 roku.

Naród, który nie zna swojej historii skazany jest na jej powtórne przeżycie.

Z Osuchów pozostało do Biłgoraja, gdzie mieliśmy dziś nocować, jedynie 30 kilometrów. Pogoda sprzyjała, więc droga nie zajęła nam zbyt wiele czasu, nawet mimo tego, że na koniec dnia licznik pokazał przejechanych ponad 70 kilometrów, a aplikacja śledząca nasze postępy przez GPS wskazała, że to nasz najdłuższy dystans dzienny w tym roku. Było warto! Jutro spróbujemy dotrzeć do miejsca, gdzie polscy partyzanci spuścili niezłe manto niemieckim okupantom, a potem będziemy łapać przyczółek przed ostatnim etapem rajdu. Już niedługo pora wracać do domu…

 

 

Total distance: 74.32 km
Total time: 09:56:52