Kolejny dzień upału i znów wiele zabytków sakralnych na trasie. Nudy! Po co w ogóle pisać, skoro można przeczytać wczorajszy wpis i będzie podobnie? Co to, to nie! Dzień dniowi nie równy i choć scenariusz jakby znany, a scenografia nieco opatrzona, ostatnie lipcowe przedstawienie na tegorocznej trasie wyszło nam zgoła odmienne od wczorajszego.
Dzień rozpoczęliśmy w tak wyczekiwanej we wczorajsze upalne godziny nadgoplańskiej Kruszwicy. Jako że zwiedzanie na wieczór po całym dniu jazdy nigdy nie wydawało nam się dobrym pomysłem, wczorajsze turystyczne zaległości zaczęliśmy odrabiać od samego rana. Na pierwszy ogień poszła Bazylika kolegiacka św. Piotra i Pawła z XII wieku, najprawdopodobniej będąca pierwotnie siedzibą biskupstwa, przeniesionego później do Włocławka. Styl, a jakże by inaczej, romański. Piękna, surowa bryła z kamienia przypominająca trochę tę w łęczyckim Tumie.
Z kolegiaty ruszyliśmy dokończyć turystyczną eksplorację drugiego kruszwickiego skarbu – pozostałości zamku Kazimierza Wielkiego wraz z najbardziej znaną dziś tzw. Mysią Wieżą. Z legendarnym królem Popielem, nawet jeśli był postacią historyczną, nie mogła mieć nic wspólnego (a więc tym bardziej z myszami), gdyż została wybudowana ok. 1350 roku, aby strzec tych ziem przed Krzyżakami. Jedno jest pewne – widok na okolicę wciąż jest dobry, co potwierdzają niniejszym naoczni świadkowie. 😉
Kruszwica i okolice to nie tylko zabytki, ale także prężny przemysł i rolinictwo. Cukrownia (tajemnica skąd tyle pól buraków w okolicy rozwikłana!) oraz rafineria oleju rzepakowego (chyba najbardziej znanej marki w Polsce) oczywiście dominują, ale nie brak też mniejszych zakładów, firm spedycyjnych obsługujących całą logistykę oraz dobrze utrzymanych gospodarstw rolnych. Zwróciliśmy też dziś uwagę, że nie przypominamy sobie, żebyśmy wcześniej widzieli chociażby pola cebuli (zbieranej specjalną maszyną) czy rabarbaru. Tego typu uprawy kojarzyły nam się do tej pory z przydomowymi ogródkami, ale jak widać żyzna ziemia Kujaw rodzi szczodrze, a okoliczni rolnicy skwapliwie to wykorzystują. Dzięki temu w wielu miejscach na dzisiejszej trasie towarzyszyły nam cudne zapachy przywodzące na myśl pichcenie smakołyków z cebulą, selerem, pietruszką…
Wracając jednak z tej gospodarczo-krajoznawczej dygresji do właściwej wycieczki, zostawiliśmy Kruszwicę za nami pełni dobrych skojarzeń z innymi znanymi turystycznymi miejscowościami nad jeziorami, które do tej pory odwiedzaliśmy. Nie ujechaliśmy jednak nawet kilku kilometrów, a brutalna rzeczywistość sprowadziła nas na ziemię. Z roweru Sylwii zaczął dochodzić charakterystyczny syk i już po chwili nie było cienia wątpliwości, że to dętka. Do tej pory zazwyczaj rower Michała miewał tego typu awarie z racji swego ciężaru, ale jak widać nie ma reguły – tym razem padło na rumaka Sylwii. I jakby na złość robiliśmy aż trzy podejścia do wymiany! Najpierw dętka nie chciała się dobrze ułożyć po napompowaniu i trzeba było wszystko ściągać na nowo, potem założyliśmy (no dobra, Michał założył, Sylwia pomagała) oponę tył na przód i kierunek obrotu bieżnika nie zgadzał sie z kierunkiem jazdy, udało się dopiero za trzecim razem. Na tyle skutecznie, że ogumienie przez resztę dnia nie było już na szczęście żadnym problemem.
Po tak „udanym” rowerowym starcie mogło być tylko lepiej. Silny wiatr wspaniale chłodził, ale wiejąc od czoła w nasze sakwy równie skutecznie nas hamował. Stąd na wielu dzisiejszych odcinkach strasznie ślimacze tempo, które na dodatek mocno nas wymęczyło. Koniec końców, po długich zmaganiach udało nam się dotrzeć do Pakości znanej z zespołu kalwaryjskiego, młodszego od najstarszej w Polsce Kalwarii Zebrzydowskiej zaledwie o jedno pokolenie. I choć Pakość (a w zasadzie droga doń) dała nam w kość – było warto! Pokręciliśmy się trochę wśród licznych, malowniczo położonych, kaplic po czym zjedliśmy smaczny obiad i tak posileni ruszyliśmy w dalszą drogę.
Po drodze do Inowrocławia został nam jeszcze jeden mały turystyczny cel na uboczu, ale jak to już nie raz się zdarzyło, niestety pocałowaliśmy klamkę. Romańska świątynia w Kościelcu, w odróżnieniu od wcześniejszych będąca przykładem dobrze zachowanego kościoła wiejskiego (a nie znajdującego się w obrębie grodu lub miasta) pozostała głucha na nasze prośby o otwarcie swych wrót. Niepocieszeni ruszyliśmy więc dalej i już po paru ostatnich dziś kilometrach zawitaliśmy, jak to wczoraj zapisaliśmy, do Wrocławia… ino innego. 😉
Inowrocław powitał nas sielską atmosferą uzdrowiska. Potężne tężnie (fajnie to brzmi!), przepiękny park zdrojowy, rzesze kuracjuszy… Ciechocinek pełną gębą! 😉 Zjedliśmy jeszcze lody w towarzystwie gen. Sikorskiego przy poświęconym mu pomniku-ławeczce i ruszyliśmy na nocleg do centrum. Zgodnie ze zwyczajem przedstawionym na początku tego wpisu, czego nie zobaczyliśmy dziś, postaramy się dopełnić jutro.
Tradycyjnie pozostał jeszcze ostatni akapit dotyczący najbliższych planów. Kto zgadnie? Może ten, co wstrzymał Słońce, a ruszył Ziemię? 😉
Total time: 09:26:14

















