Wyruszyliśmy z miasta założonego przez Krzyżaków nad Wisłą, aby wylądować w ulokowanym przez Kazimierza Wielkiego nad Brdą największym obecnie ośrodku regionu. Warto było wylać litry potu, w ten duszny i parny dzień, dla popołudniowej nagrody w postaci malowniczych pejzaży Wenecji… Bydgoskiej!
Przyęliśmy co prawda niepisaną zasadę, że na blogu relacjonujemy dni „jezdne”, ale to oczywiście nie oznacza, że nie jesteśmy tutaj winni choćby krótkiego epilogu naszej wczorajszej nieco dłuższej przygody z Toruniem. Jeden dzień, nawet poświęcony tylko zabytkowej, najstarszej części miasta, to oczywiście za mało żeby dokładnie zwiedzić wszystkie zakamarki. Ba! Nie bylibyśmy w stanie zwiedzić całości nawet metodą „po łebkach”. Dlatego pogodzeni z losem (że jeszcze kiedyś do Torunia wrócić musimy) ograniczyliśmy się do: bram, wież, murów, kamienic, kościołów, kilku mniejszych i większych muzeów (wszystkie oddziały Muzeum Okręgowego w środę bezpłatnie!), ruin zamku krzyżackiego i jeszcze kilku innych „pomniejszych” zabytków w Starym i Nowym (z nazwy własnej tylko, bo też stare i zabytkowe) Mieście. Żeby dobrze wszystko zapamiętać, na koniec wdrapaliśmy się na wieżę ratuszową i jeszcze raz ogarnęliśmy wzrokiem to, co prawdziwie godne jest wpisu na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO. Na naszej osobistej turystycznej liście przebojów Toruń z pewnością jest w pierwszej dziesiątce, więc mówimy jedynie… do zobaczenia!
Przechodząc do wydarzeń dzisiejszych…
Po całym dniu względnego odpoczynku (jeśli tak można nazwać zasuwanie od rana do wieczora pieszo, zamiast na rowerze) nasze szacowne tyłki dużo chętniej powitały nieodłącznych towarzyszy podróży czyli siodełka. Ruszyliśmy zatem ochoczo na szlak i bardzo szybko znaleźliśmy się daleko poza Toruniem, głównie dzięki naprawdę dobrej ścieżce rowerowej, przypominającej nam lepsze z odcinków Green Velo, które pokonywaliśmy w zeszłym roku. Tego poranka wstaliśmy też nieco wcześniej, dlatego do pierwszego turystycznego przystanku dotarliśmy jeszcze przed południem.
Chociaż Zamek Bierzgłowski wybudowany przez Krzyżaków na siedzibę komtura nie emanuje już militarną potęgą zakonu, nadal daje dobre wyobrażenie tego, jak wyglądały mniejsze warownie, których niemieccy bracia-rycerze zbudowali dziesiątki. W każdej z nich były kaplica, refektarz, kapitularz i szereg innych pomieszczeń stricte klasztornych oraz, co oczywiste, elementy obronne takie jak mury, fosy czy też wieże. Mimo że ten konkretny obiekt nie jest udostępniony jako atrakcja turystyczna (mieści obecnie Diecezjalne Centrum Kultury – dom rekolekcyjny), już sam spacer po dziedzińcu pozwala sobie wyobrazić życie na zamku w średniowieczu. To co w Zamku Bierzgłowskim najbardziej znaczące jako ciekawostka krajoznawcza, to portal z ceramicznym tympanonem i trzema postaciami, najprawdopodobniej rycerzy. Niewiele? Ale oryginalne!
W dalszą drogę, najedzeni już gotycką, ceglaną architekturą do syta, ruszyliśmy na zachód. Pogubiliśmy niestety trochę kierunki (wystarczy jedno skrzyżowanie!) i przez to zmitrężyliśmy sporo cennego czasu na piaszczystym, leśnym dukcie. Po szybkim porannym tempie pozostało tylko miłe wspomnienie. „Nic to”, jak mawiał pan Wołodyjowski – nawet powalone drzewa i strome wąwozy nie dały rady nas powstrzymać! Gdy w końcu wygrzebaliśmy się z powrotem na właściwy szlak, sprawy potoczyły się już gładko. Jadąc odcinkiem Wiślanej Trasy Rowerowej (dobry materiał na rajd jak już będzie gotowa od Wisły do Gdańska!) dotarliśmy w końcu do Ostromecka. A tam pałac, a nawet dwa! Niezwykle odświeżające doświadczenie po kilku dniach kontaktu najpierw głównie ze stylem romańskim, a potem gotyckim – nagle oto jeden obok drugiego barok i klasycyzm i to nie w wydaniu sakralnym. Objechaliśmy oba pałace dookoła, pocmokaliśmy z zachwytu, ale najważniejsze prawidło rajdu pozostało niezmienne – jedziemy dalej!
Wkrótce potem przekroczyliśmy Wisłę Mostem Fordońskim, tym razem wracając na jej lewy brzeg i jak sama nazwa wskazuje wjechaliśmy do bydgoskiej dzielnicy Fordon. Stąd pozostało już tylko kilkanaście kilometrów do centrum Bydgoszczy. Za pierwszy cel w mieście obraliśmy jeden z jego najbardziej znanych symboli czyli Łuczniczkę. Po cyknięciu obowiązkowej pamiątkowej fotki, pojechaliśmy w stronę stosunkowo młodego, ale już pretendującego do miana symbolu, kolejnego pomnika – Przechodzącego – rozpiętego nad Brdą w celu upamiętnienia wstąpienia Polski do Unii Europejskiej. Byliśmy już niemal w samym sercu miasta. Stary Rynek, Wyspa Młyńska, Wenecja Bydgoska… Prawie każde zabytkowe miasto w Polsce ma rynek, w wielu są historyczne spichrze czy młyny ale „Wenecją” pochwalić mogą się nieliczne. Kanały Brdy oplatające urokliwą zabudowę starego miasta z pewnością na to porównanie zasługują. Bliskość wody, w tym wypadku wręcz dosłowna, to duży atut Bydgoszczy.
Chciałoby się tu spędzić dzień „ekstra”, przeznaczony jedynie na zwiedzanie, ale po wyjątku uczynionym Toruniowi nieprędko będzie nas czasowo stać na kolejny taki wydatek. Dlatego jutro żegnamy się z urokliwymi zakątkami miasta nad Brdą i wracamy do Wisły, aby powiodła nas dalej na północ, do Chełmna.
Total time: 07:02:12
















