U wód i u wrót

„Dzisiaj w pełni czuję wakacje…” – w pewnym momencie powiedziała na trasie Sylwia. To zdanie świetnie oddaje atmosferę, która nam towarzyszyła cały upalny dzień. Wystarczy dodać piękne widoki, dużo cienia w lesie i interesujące miejsca po drodze. I jesteśmy już tylko o rzut beretem od naszego małego turystycznego marzenia…

Wczorajsza decyzja o jeździe do południa, żeby uniknąć burz okazała się nad wyraz zbawienna. Wobec niepewnych prognoz na dzisiaj, postanowiliśmy przyjąć zatem podobną taktykę. Wstaliśmy wcześnie (niektórzy mieliby pewnie ubaw z tego naszego „wcześnie”;)) i zamierzaliśmy jechać do oporu, nie zważając na słońce i gorące godziny dnia, ale tak, aby dojechać przed popołudniowymi burzami do celu. Obraliśmy kierunek na północ i znów zaprzyjaniliśmy się na chwilę z Green Velo.

Po kilkunastu kilometrach jazdy, w dawnym mieście (obecnie wsi) o jakże ciekawej nazwie Wielkie Oczy, z rowerowych siodeł obejrzeliśmy pięknie odrestaurowaną synagogę (mieszczącą obecnie bibliotekę) oraz bardzo zaniedbaną, walącą się niemal, cerkiew św. Mikołaja Cudotwórcy. Dało nam to nieco do myślenia, jak dużej troski lokalnej społeczności, fundacji itp. potrzeba, aby utrzymać zabytki w dobrym stanie. Czyniąc te jakże mądre spostrzeżenia, podziękowaliśmy chwilowo Green Velo za towarzystwo i udaliśmy się w kierunku miasteczka, które naszym zdaniem nie powinno być pominięte przez Wschodni Szlak Rowerowy.

Do Lubaczowa wjechaliśmy jeszcze na długo przed południem i nie wahając się zbyt długo, postanowiliśmy zainwestować trochę naszego turystycznego czasu w zwiedzanie Muzeum Kresów. Ekspozycja była naprawdę interesująca! W poczuciu dokonania dobrego wyboru, przejechaliśmy jeszcze z małym postojem na lody (funkcja chłodząca, ot co!) przez lubaczowski rynek i pomknęliśmy dalej.

Przed nami rozciągała się znakomita asfaltowa droga, biegnąca głównie lasami, prowadząca najpierw na wschód w kierunku granicy, a później na północ wzdłuż jej biegu. Ruch samochodowy znikomy, Straż Graniczna pilnuje – jechaliśmy wręcz odprężeni… 😉 Jedyne, co prawdziwie dawało nam się we znaki, to wszędobylskie bąki bydlęce (jak mówią internety powszechnie mylimy je z gzami), które co i rusz chciały zakosztować naszej krwi. Dopóki jechaliśmy, nie było źle! 😉 Ciężka rowerowa praca w najgorętszych godzinach dnia wkrótce przyniosła nam zasłużoną nagrodę. Naszym oczom ukazał się znak drogowy „Cerkiew UNESCO 100 m”  i już wiedzieliśmy, że jesteśmy na miejscu. Cerkiew św. Paraskewy w Radrużu, pierwotnie prawosławna, później greckokatolicka obecnie jest placówką muzealną – filią odwiedzonego przez nas dzisiaj Muzeum Kresów w Lubaczowie. Zachowana w ramach całego zespołu obronnego (w obrębie murów) z drewnianą dzwonnicą, kostnicą i cmentarzem! Chociaż w środku z wyposażenia nie pozostało nic, poza ikonostasem, architektura nadal zachwyca!

Z Radruża mieliśmy już tylko kilka kilometrów (na dodatek delikatnego zjazdu!) do pierwszego na naszej tegorocznej trasie uzdrowiska. Horyniec Zdrój, znany od dawien dawna ze swych siarczkowych wód, był naszą dzisiejszą końcową przystanią. Dał nam popołudniu przyjemne, chłodne schronienie w Parku Zdrojowym i kawiarni „Sanacja”, wynagradzając z nawiązką trudy rowerowych zmagań.

Dotarliśmy zatem do wód i jednocześnie do wrót…  Roztocza – krainy którą od dawna marzyliśmy odwiedzić na rowerach! Jutro, pełną już parą, wkraczamy na Roztocze Środkowe. Oj, będzie się działo…

 

 

Total distance: 61.01 km
Total time: 07:01:24