Krajobrazy podziwiane dziś przez nas na trasie najlepiej chyba opisuje tytułowy cytat z Kochanowskiego. Faliste pagórki przybrane kobiercami zbóż i polnych kwiatów skąpane w promieniach lipcowego słońca… pięknie tu! Chociaż teren dla turystów-kolarzy dość trudny, bo z górki i pod górkę niemal na okrągło…
Dzień rozpoczęliśmy w Suchedniowie, skąd wyruszyliśmy do pierwszego miejsca na naszej dzisiejszej trasie. Do Michniowa mieliśmy raptem 2-3 kilometry dlatego byliśmy na miejscu niemal w mgnieniu oka. Tragiczne wojenne dzieje tej wsi, która stała się symbolem okrucieństwa niemieckiego okupanta na kielecczyźnie i nie tylko, zupełnie nie korespondują z idyllicznym tytułem dzisiejszego wpisu. Mieszkańcy Michniowa aktywnie wspierali podziemie (tradycje sięgały już powstania styczniowego!) – w czasie II wojny światowej wielu mieszkańców było zaprzysiężonymi członkami AK, a w samej wsi działała skrzynka kontaktowa dla pobliskich oddziałów partyzanckich pod dowództwem słynnego cichociemnego, por. Jana Piwnika „Ponurego”. Niemcy oczywiście podejrzewali mieszkańców o wspieranie ruchu oporu, ale ostatecznych „dowodów” dostarczyli dopiero konfidenci.
12 lipca 1943 oddziały niemieckiej policji i żandarmerii otoczyły wieś i zaczęły wyszukiwać ludzi znajdujących się na imiennej liście. Aresztowanie w tym wypadku nie było opcją – oskarżeni o współpracę z AK (głównie mężczyźni) zostali zapędzeni do czterech stodół, tam zamknięci i spaleni żywcem. To miała być nauczka i oczywista próba zastraszenia każdego, kto odważyłby się wesprzeć opór wobec okupanta. „Ponury” na wieść o tych strasznych wydarzeniach natychmiast zarządził akcję odwetową. Jeszcze tej samej nocy jego oddział zatrzymał pociąg i w walce, która wywiązała się z pasażerami wagonu nur für Deutsche, wziął rewanż na nieprzyjaciołach, zostawiając przynajmniej kilkunastu zabitych oraz napis na wagonie „Za Michniów!”. Jak się jednak wkrótce miało okazać, nie był to koniec tragicznego epizodu w historii wsi. 13 lipca rozsierdzeni Niemcy wrócili. Tym razem nie było litości dla nikogo – niemal wszyscy mieszkańcy wsi, którzy nie uciekli (większość nie spodziewała się takiego bestialstwa, zwłaszcza kobiety) zostali zgładzeni – najmłodsza ofiara, Stefan Dąbrowa, miała 9… dni. Jego ojciec został zabity dzień wcześniej, matka zaś z dopiero ochrzczonym synem dzień po nim. Niemcy spalili również wszystkie zabudowania, po prostu zrównali Michniów z ziemią… O wydarzeniach tragicznych lipcowych dni 1943 roku przypomina dziś Muzeum Martyrologii Wsi Polskich. Wsi? Tak, miejsc takich jak Michniów, które Niemcy „spacyfikowali” w czasie wojny było w Polsce ponad… 800!
Poruszeni tą tragiczną historią, wyruszyliśmy w dalszą drogę do Bodzentyna. Tutaj turystyczne konotacje były już dużo lżejszego kalibru (chociaż tablicy o rozstrzelanych w czasie wojny przez Niemców mieszkańcach Bodzentyna nie zabrakło). Bodzentyn jest znany przede wszystkim z ruin zamku biskupów krakowskich (są zabezpieczone ale i tak w bardzo kiepskim stanie). Prócz nich warto odwiedzić kościół pw. Św. Stanisława, gdzie udaliśmy się dziś na Mszę Świętą – w jego głównym ołtarzu znajduje się ciekawy obraz ze sceną Ukrzyżowania, który trafił tu z katedry na Wawelu. Złośliwi twierdzą, że to przez bardzo wyeksponowany zad koński na pierwszym planie – faktycznie, gdy zwróci się nań uwagę, nie wygląda to zbyt korzystnie. 😀 Wyjeżdżając zajechaliśmy jeszcze pod Zagrodę Czernikiewiczów – XIX wieczne zabudowania rodziny chłopskiej, żyjącej w małej miejscowości. Co ciekawe zabytek jest chroniony in situ (czyli w naturalnym miejscu) w ramach Muzeum Wsi Kieleckiej.
Dalszą drogę wypełniło nam towarzystwo pięknych pagórkowatych wiejskich okolic położonych u stóp Łysogór. Mając przez długi czas po prawej ręce widok na klasztor na Świętym Krzyżu, po przejechaniu w palącym słońcu ok. 40 km, dotarliśmy w końcu do naszego dzisiejszego celu – Opatowa. Dość napisać, że do Opatowa zajechać warto choćby dlatego, że urodził się tam Michał… 😉 Z zabytków zdecydowanie warte zobaczenia są kolegiata św. Marcina ze słynnym Lamentem Opatowskim, klasztor bernardynów i Brama Warszawska. Ale to wszystko, dobrze nam już znane zostawiliśmy dziś na boku na rzecz krótkich, aczkolwiek przemiłych spotkań z rodziną. 🙂
Jutro jak mawiał w szkole średniej prof. Szmidt – w Stanach mają SAN Francisco, a my mamy SANdomierz! 😀
Total time: 10:51:27















