Znów są wakacje!

I znów nadszedł ten upragniony dzień, w którym ruszamy na kolejny rowerowy rajd! Mamy wielkie plany i marzenia, ale jak co roku podchodzimy do nich z dystansem – wystarczy zrobić jeden „krok” dziennie i w ten sposób przybliżać się do realizacji całego, dużego przedsięwzięcia. W tym roku wracamy na wschód Polski, a do pierwszego etapu naszej wyprawy przygotowywaliśmy się już od dawna…

Wiele miesięcy wcześniej (tak naprawdę już zimą!) zaczęło się oczywiście od snucia planów: „Ach gdzież pojedziemy w tym roku?!”. Potem przygotowania wraz ze zbliżającym się terminem wyjazdu przybierały co raz bardziej praktyczny wymiar, aż nastało ostatnie odliczanie – 3 dni do wyjazdu. Przezornie zaczęliśmy pakować sakwy już wtedy, pomni wydarzeń lat ubiegłych, kiedy do późnych godzin wieczornych, w przeddzień wyjazdu, zbieraliśmy ostatnie graty do worków. Nie tym razem! Na dwa dni przed, znając już wstępny plan, który zakładał przejazd pociągiem do Kielc (bilety już dawno kupione!), a potem szlakiem GreenVelo do średniowiecznego Szydłowa, przewspaniały kwatermistrz naszych wypraw w osobie Sylwii wykonał telefon w poszukiwaniu noclegu w rzeczonym miejscu. „Paniiii, turniej rycerski międzynarodowy w ten weekend, w całej okolicy nie ma miejsc noclegowych od dawna! Nie chcecie przyjechać na Święto Śliwki?” – usłyszała w słuchawce Sylwia. „Nie chcemy!” – opdarła za nas niemal chóralnie! 😀 Trzeba było zmienić plany…

I wreszcie przyszedł dzień wyjazdu i… po prostu zmieniliśmy plany. Skoro z GreenVelo nam w tym momencie nie po drodze, nic nie szkodzi, żeby wykorzystać to jako okazję do nadrobienia turystycznych zaległości w okolicach Kielc. Zamiast jechać na południe wyjechaliśmy zatem na… północ, w kierunku przeciwnym niż pierwotnie zamierzaliśmy! Naszym pierwszym turystycznym celem, był dziś pałacyk Henryka Sienkiewicza w Oblęgorku ufundowany dla niego w zbiórce społecznej w dowód wdzięczności całego narodu za pokrzepianie serc rodaków w mrocznych czasach rozbiorów. Miejsce na szczęście do dziś zachowało związki z pisarzem i jako oddział Muzeum Narodowego w Kielcach upamiętnia życiorys wielkiego Polaka. Zwiedziliśmy zatem interesującą ekspozycję i pokrzepieni na ciele (świetny obiad autorstwa Sylwii zabrany z Wrocławia!) oraz duszy obraliśmy kurs na kolejną atrakcję, której do tej pory nie mieliśmy okazji razem na rowerach odwiedzić.

Nawiasem mówiąc, trzeba nadmienić, że okolica jest nam już całkiem dobrze znana – Michał zjeździł te tereny wielokrotnie (głównie sam), ale Sylwię też tu już niegdyś przywiózł, więc takie atrakcje jak same zabytki Kielc, rezerwaty geologiczne takie jak Kadzielnia, Łysogóry, czy klasztor na Świętym Krzyżu są nam znane i oczywiście serdecznie je polecamy! Może jeszcze kiedyś zrobimy powtórkę z tych miejsc i jakaś relacja na ich temat na blogu się jeszcze znajdzie!

Okrążając Kielce od północy, ruszyliśmy dalej w kierunku Samsonowa. Tuż przy drodze wojewódzkiej nr 750, leżą tam dość niepozorne ruiny – ot kilka gołych, sterczących ścian – nawet zamku nie przypominają. Dla turysty krajoznawcy Huta „Józef” jest jednak świadectwem rozwoju gospodarczego okolicy na przestrzeni wieków świetności Rzeczpospolitej Obojga Narodów i potem tragicznego upadku w czasie zaborów. Już w XVI wieku zbudowano tutaj pierwszy na ziemiach polskich wielki piec typu bergamowskiego. Dalszy rozwój gospodarczy tych ziem pozwolił im zyskać miano Staropolskiego Okręgu Przemysłowego, będącego symbolem potęgi ówczesnej Polski. Historia samej huty zbudowanej w 1818 z inicjatywy Namiestnika Królestwa Polskiego gen. Józefa Zajączka (stąd jej imię), kończy się zniszczeniem przez Rosjan w 1866 roku w akcie odwetu za wspieranie powstania styczniowego produkcją broni.

Z Samsonowa był już tylko rzut beretem do najprawdopodobniej najsłynniejszego staruszka i drzewa w Polsce zarazem. Dąb Bartek powitał nas swymi rozłożystymi konarami, jakby wyciągając je do uścisku – na szczęście są podparte, w przeciwnym wypadku niechybnie by się złamały. Bartek nie jest najstarszym drzewem w Polsce (starsze są Chrobry na Pomorzu i Bolesław na Dolnym Śląsku), ale z pewnością najpopularniejszym, a to za sprawą przedwojennego plebiscytu – wtedy to, pozbawiony jeszcze konkurencji z „Ziem Odzyskanych” świętokrzyski matuzalem wygrał z metryką szacowaną nawet na 1200 lat! Według ostatnich badań ma ich jednak nieco mniej, bo tylko 654. Pomimo burz, zawieruch, wojen i pożarów przetrwał do dziś i wciąż jest żywym świadkiem naszej historii – 1000 lat życzymy!

Z Zagnańska, późnym już jak na nasze rowerowe zmagania wieczorem, dotarliśmy w końcu do Suchedniowa. Jutro wystartujemy stąd na przejażdżkę przez malowniczą i spokojną wieś kielecką… wciąż jeszcze pełną blizn po ostatniej wojnie światowej.

 

 

Total distance: 56.72 km
Total time: 08:01:40