Naszą wczorajszą trasę zakończyliśmy w królewskim Sandomierzu. Etymologia nazwy tego miasta opiera się na różnych hipotezach, z których najpopularniejszą i chyba najbardziej oczywistą jest ta geograficzna – gród od początku istnienia leżał bowiem w miejscu gdzie San „domierza” do Wisły (współcześnie zbieg tych rzek leży 9 km dalej na północ). Postanowiliśmy wykorzystać to położenie i obrać bieg Sanu za dzisiejszego przewodnika!
Dzień zaczęliśmy na prawym brzegu Wisły, mając zdobyty już wczoraj przyczółek do dalszej drogi. Ku naszemu lekkiemu zdziweniu słońce schowane było za szczelną warstwą chmur i panował wręcz… przyjemny chłodek. Wrażenie jeszcze bardziej potęgowało poruszanie się na rowerze (pęd powietrza!), toteż ochoczo wskoczyliśmy na nasze rumaki i obraliśmy kierunek na północ, a chwilę później na północny zachód. Po kilku pierwszych kilometrach spotkaliśmy się ze starym znajomym! Nie widzieliśmy się praktycznie dwa lata, bo przelotne spotkania w Sandomierzu czy Kielcach kilka dni wcześniej, trudno uznać za coś więcej niż minięcie się na ulicy (dosłownie!). Rowerowy Szlak Wschodni GreenVelo, będący naszym przewodnikiem w województwach warmińsko-mazurskim, podlaskim i lubelskim w wakacje 2016 roku przywitał nas swymi pomarańczowymi znakami i znów zapraszał do wspólnej wycieczki. 🙂
Główną atrakcją dnia miała być właśnie wycieczka rowerowa – taki zwyczajny przejazd z punktu A do B, bez zbędnych postojów po drodze, odbijania i kluczenia w poszukiwaniu zaginionych krajoznawczych atrakcji – po prostu czysta radość z jazdy. I udało się! W Radomyślu nad Sanem przeskoczyliśmy na prawy brzeg rzeki i pozostaliśmy na nim przez większą część trasy. GreenVelo poprowadzone na tym odcinku asfaltowymi ścieżkami rowerowymi wzdłuż drogi wojewódzkiej zachęcało do rozwijania większych niż standardowe prędkości. A że słońce nie grzało… grzaliśmy my – trójka na przerzutce i naprzód! 😉
Humorów nie zdołała nam też zbytnio popsuć kolejna awaria na trasie… W pewnym momencie, podczas szybkiej jazdy eleganckim asfalcikiem, z przedniego koła Michała doszedł naszych uszu głośny dźwięk syczenia. Powietrze umknęło z dętki w mgnieniu oka i po raz drugi na rajdzie (znowu przednia opona!) mieliśmy kapcia. Coś było zdecydowanie nie tak! Po wstępnych oględzinach, szybko ustaliliśmy winowajcę i… z tego miejsca pragniemy podziękować wszystkim tym, którzy tłuką szkło na rowerowych ścieżkach (butelki, czy cholera wie co) – Bóg wam zapłać dobrzy ludzie. 🙂 Dziura nie była może wielka, ale dla pewności serwis tym razem rozszerzyliśmy o wymianę opony. Po kilkudziesięciu minutach przymusowego postoju ruszyliśmy dalej, już dużo bardziej uczuleni na wszelkie błyszczące na asfalcie drobinki… 😉
Po dobrych kilkudziesięciu kilometrach jazdy, zaczęliśmy przybliżać się do naszego dzisiejszego celu podróży, lecz wciąż frapowało nas jedno pytanie – czy most na Tanwi w Ulanowie jest przejezdny. Nawigacja wujka Google’a raz twierdziła że nie, za chwilę zmieniała zdanie i tak w kółko. Postanowiliśmy użyć zatem tradycyjnej metody pierwszych pionierów turystyki rowerowej – koniec języka za przewodnika! 😉 Pani w lokalnym sklepie potwierdziła: most nieprzejezdny. Postanowiliśmy zatem pożegnać się na moment z GreenVelo i mostem na nieprzyjemnie ruchliwej DK19 przekroczyć ponownie San. Zaraz za nim, zachęceni pozytywnymi opiniami w internecie, odwiedziliśmy bar „Polonez”. Z zewnątrz wyglądało na to, że obiekt czasy świetności ma już za sobą, ale internetowe opinie były prawdziwe – właściciel przesympatyczny, a jedzenie pyszne!
Z pełnymi brzuchami dalsza jazda była nadal niezwykle przyjemna, a że zostało już tylko kilka kilometrów, nie śpieszyliśmy się wcale. W tej sielskiej atmosferze trochę się nawet zagapiliśmy, bo nie zauważyliśmy, że ze wschodu nadciąga, gęsta czarna chmura, która chwilę później postraszyła nas trochę ciepłym, letnim deszczem. Przemoknąć nie zdążyliśmy, bo schronienie dały nam drzewa. 🙂 Wkrótce po tym jak przeleciał deszcz, pokonaliśmy ostatni odcinek drogi jeszcze raz biorąc San w tany i znów przeskakując na jego prawy brzeg. Tym samym dotarliśmy do Ulanowa – stolicy flisactwa polskiego!
W przeszłości wielu mieszkańców Ulanowa trudniło się flisactwem. Miasteczko u zbiegu Tanwi i Sanu było naturalną przystanią na tych ważnych wodnych szlakach transportowych. W związku z wykonywanym zawodem miejscowi trafiali do największych miast Rzeczpospolitej i siłą rzeczy po powrocie opowiadali swoim ziomkom o tym, co zobaczyli. Zapragnęli też najpewniej przywieźć do swej małej ojcowizny trochę bogactw i przepychu wielkich miast, co najlepiej widać w kościele pw. św. Jana Chrzciciela i św. Barbary do którego przyozodobienia został sprowadzony artysta, najprawdopodobniej z Gdańska. Jego dziełem są piękne polichromie, które niestety mieliśmy okazję podziwiać jedynie przez kratę – przewodnik twierdzi, że są w nich konotacje do Sądu Ostatecznego Hansa Memlinga z gdańskiej bazyliki NMP! Prócz dekoracji kościoła inspirowanej podróżami flisaków w Ulanowie pozostały nieliczne drewniane flisackie chaty i tradycja spływów na cyklicznych imprezach. Tym razem nie skorzystaliśmy, ale kto wie co będzie następnym razem gdy wrócimy w te okolice? 😉
Jutro bez zmian. W górę Sanu! Do bardzo znanej i bogatej rodziny! 😉
Total time: 07:04:06











