Zaczęliśmy dziś rześkim porankiem, żeby uniknąć popołudniowych burz. Słonko przypiekało aż miło, już chwilę po tym jak usadowiliśmy się na siodełkach, ale na szczęście potem dosyć często chowało się za chmurami. I choć jazdę skończyliśmy dopiero po 18-tej, to atrakcje na trasie w pełni wynagrodziły nasz rowerowy trud. Nawet deszczu udało nam się uniknąć – to był po prostu świetny rajdowy dzień!
Wystartowaliśmy z Ulanowa i bez zbędnej zwłoki udaliśmy się na lewy brzeg Sanu. Dziś znów mieliśmy oprzeć naszą trasę głównie o GreenVelo dlatego przynajmniej z nawigacją nie było wiele zachodu. Pierwszym wartym wspomnienia miejscem na naszej trasie był Rudnik nad Sanem, polska stolica wikliniarstwa. I faktycznie, po wjeździe do miasteczka trudno było nie zgadnąć czym parają się jego mieszkańcy – liczne szyldy i reklamy firm wikliniarskich, budynek Centrum Wikliniarstwa oraz wiklinowe „rzeźby” na trawnikach nie pozostawiały najmniejszych wątpliwości. Całości krajobrazu dopełniały liczne plantacje wierzby, której młodych pędów używa się w wikliniarstwie, napotkane przez nas na szlaku pod miastem. Nie zatrzymywaliśmy się na długo (tylko, żeby uzupełnić zapasy wody) i wkrótce byliśmy w drodze do najważniejszej turystycznej atrakcji dnia.
Po około 40 kilometrach jazdy po płaskim terenie w dolinie Sanu, tuż po godzinie 12-tej byliśmy u celu. Szybko! Miały na to zapewne wpływ dobre asfaltowe drogi (na szczęście nadal boczne!), którymi się dziś głównie poruszaliśmy. Do Leżajska wjechaliśmy od północy i od razu skierowliśmy nasze jednoślady do Bazyliki Zwiastowania NMP i Klasztoru Ojców Bernardynów. Na naszych rowerowych trasach zwiedzamy wiele kościołów, mniej lub bardziej znanych, ale to, co zobaczyliśmy dzisiaj, to z pewnością pierwsza liga! Przebogaty wystrój świątyni z pogranicza renesansu (lubelskiego – charakterystycznego dla tych okolic) i baroku zachwycał już od przekroczenia progu głównych wrót. A potem, odwracając się do wyjścia, następował kompletny opad szczęki do posadzki – niesamowite organy! Jeśli grają tak jak wyglądają, to prawdziwe są zachwyty nad tym instrumentem w przewodnikach i internecie. Szkoda, że tym razem nie było nam dane ich usłyszeć (miejmy nadzieję, że następnym już się uda!). Prócz zabytkowej bazyliki, będącej domem dla kornowanego koronami papieskimi wizerunku Matki Bożej Leżajskiej Pani Pocieszenia, zwiedziliśmy także niezwykle interesujące Muzeum Prowincji Ojców Bernardynów, oczywiście umiejscowione w tutejszym klasztorze. Ojcowie zdołali zebrać całkiem pokaźną kolekcję różnych pamiątek materialnych od typowo kościelnych, jak szaty i księgi liturgiczne (średniowieczne, przepisywane ręcznie!), poprzez sarmackie portrety fundatorów i dobrodziejów klasztoru (również trumienne – ewenement w skali świata), aż po rzeźby i fragmenty architektoniczne z kościołów prowincji uleglych zniszczeniu na wschodzie po zmianie granic w wyniku II wojny światowej (np. z Sokala). Warto dodać, że mieliśmy wycieczkę indywidualną – jeden z ojców na telefoniczną prośbę oprowadził nas i opowiedział wszystko tylko nam dwojgu, innych zwiedzających akurat nie było. 😉
W klaszotrze spędziliśmy dobrą chwilę na odpoczynku powiązanym ze zwiedzaniem i modlitwą, ale czas oczywiście nieubłaganie biegł i wkrótce trzeba było jechać dalej. Przed opuszczeniem Leżajska postanowiliśmy zobaczyć jeszcze jedną ciekawostkę, z której znane jest miasto – ohel cadyka Elimelecha. Ohel to rodzaj grobowca żydowskiego, budowanego w miejscach pochówku wybitnych rabinów lub cadyków. Cadyk Elimelech Weissbum był zaś jednym z najwybitniejszych przedstawicieli chasydyzmu i do dziś w rocznicę jego śmierci tysiące przedstawicieli tego ruchu w judaizmie gromadzą się w Leżajsku wierząc, że prośby zaniesione za pośrednictwem wielkiego cadyka znajdą łaskawe spojrzenie u Boga.
Z Leżajska ostatni dziś już etap powiódł nas do Sieniawy, która znana jest szerzej z XIX-wiecznego pałacu Czartoryskich. Gościły w nim znamienite osobistości takie jak Julian Ursyn Niemcewicz, Tadeusz Kościuszko, car Aleksander I czy Juliusz Kossak. Dziś, ocalony wiele lat po wojnie z totalnej ruiny (dość wspomnieć, że miejscowi strażacy ćwiczyli sobie na obiekcie gaszenie pożarów!), obiekt funkcjonuje jako hotel będący własnością Agencji Nieruchomości Rolnych. Nic nie stanęło zatem na przeszkodzie, aby do wyżej wymienionych znamienitych osobistości dołączyły nasze skrome osoby… Tak, tak! 😀 Dziś nocujemy w pałacu, a że już samo w sobie jest to atrakcją, starczy tego pisania, wspomnimy coś o Sieniawie pewnie jeszcze jutro. 😉
A jutro, z pałacu przez inny znany zamek szlak powiedzie do stolicy województwa!
Total time: 08:42:36











