Po wczorajszych epickich zmaganiach z trasą, dziś odcinek dużo krótszy i zdawałoby się też dużo skromniejszy. Nic bardziej mylnego! Chociaż kilometrów przejechane niewiele, to zrobiliśmy tak z premedytacją. Po prostu nie sposób było jechać dalej i zostawić za sobą tyle ciekawych miejsc do zobaczenia…
Wczorajszy trud się opłacił. Dzisiejszego poranka mieliśmy bowiem wyśmienity przyczółek do szturmu na kolejne krajoznawcze znakomitości. Szturm nie jest tu użyty bynajmniej w przenośni, wszak mieliśmy dziś wjechać do miasta twierdzy! Nim do tego jednak doszło, obraliśmy kurs na leżący nieopodal naszego noclegu prawdziwy turystyczny klejnot – renesansowy zamek w Krasiczynie.
Zamek, a nie pałac, jak pouczył nas oprowadzający z niezwykła pasją przewodnik! Służył jako obronna rezydencja dwóm znaczącym rodom – najpierw Krasickim (jego budowniczym), potem zaś Sapiehom (nabyli go w XVIII w.). Co ciekawe i smutne zarazem, Krasiczyn ucierpiał bardzo w czasie II wojny światowej. Niestety nie można go przez to porównać do Kozłówki, Pszczyny czy Łańcuta pod względem zachowanego wyposażenia gdyż… praktycznie wcale się ono nie zachowało. Jak podkreślał zamkowy przewodnik stało się tak przez sowieckiego okupanta, który w 1939 roku, realizując postanowienia paktu Ribbentrop-Mołotow, zajął ziemie II Rzeczpospolitej w tym rejonie do granicznej rzeki San (tzw. IV rozbiór Polski). Specjalna grupa degeneratów (czyt. sowiecka swołocz) wysłanych do leżącego tuż nad rzeką zamku, miała pojmać jego właściciela, żeby w pokazowej egzekucji zademonstrować jak władza bolszewicka rozprawia się z „panami”. „Pan” Sapieha zdążył w ostatniej chwili salwować się ucieczką na niemiecką stronę Sanu, wobec czego rozsierdzeni żołdacy Stalina w odwecie przez półtora tygodnia palili na zamkowym dziedzińcu całego jego wyposażenie. W walkach żadnych zamek nie ucierpiał… Nie został okradziony, po prostu zdewastowany. Ot, ludzka twarz komunizmu… Na szczęście dziś, mimo iż nie posiada oryginalnego wyposażenia, Krasiczyn powoli odzyskuje swój dawny blask już jako obiekt hotelowy. Wystarczy spojrzeć na zdjęcia!
Zauroczeni pięknem architektury krasiczyńskiego zamku i zdumieni jego wojenną historią, wyruszyliśmy w dalszą drogę, do leżącego nieopodal Przemyśla. Plan na zwiedzanie licznych zabytków tego miasta był bardzo prosty – dojechać jak najszybciej na kwaterę i spacerem na piechotę zobaczyć jak najwięcej w centrum. Postanowienia tego planu zrealizowaliśmy w naszej ocenie na piątkę w szkolnej skali ocen. 😉 Średniowieczne miasto, które w czasach nowożytnych stało się sławne przez zamienienie go w twierdzę, broniącą strategicznie położonej Bramy Przemyskiej, oferuje naprawdę bardzo liczne zabytki i miejsca godne uwagi turysty-krajoznawcy. Prawdę mówiąc, te kilka godzin, które zdołaliśmy wyasygnować na ekstra zwiedzanie, to i tak tylko namiastka czasu potrzebnego na to, aby poznać dogłebniej ten przeciekawy gród nad Sanem. Przemyśl to świetny kandydat na dodatkowy „dzień bez roweru”, ale mając na uwadze nasze dalsze rajdowe plany, nie możemy sobie na to pozwolić. Popołudniu ograniczyliśmy się zatem do zobaczenia Muzeum Twierdzy Przemyskiej (trochę ubogiego jak na tak bogatą jej historię!), Zamku Kazimierzowskiego, oraz kilku kościołów, dworca kolejowego, rynku i kamieniczek w ścisłym centrum miasta. Uzupełniliśmy tym samym pewne luki z ostatniego pobytu w mieście, w drodze do Lwowa, przed kilkoma laty. 😉
Jutro diametralnie zmieniamy kierunek – jedziemy na północny-wschód! Za znakami GreenVelo, ku granicy państwa, mając nadzieję na kolejnych kilka łakomych kąsków na naszej trasie. Forty? Arboretum? Cerkwie? Zobaczymy, czy zobaczymy! 😉



Total time: 03:46:56









