Rajdowe niedziele to bardzo często mile wspominane przez nas dni. Nie inaczej było tym razem! Wrażeń nie brakowało, bo dzień rozpoczęliśmy w pięknym mieście (murowany kandydat do perełki rajdu!), a zakończyliśmy przejeżdżając przez ostoję niedźwiedzia (!) z widokami na dolinę Sanu…
Kolejny, ósmy już dzień naszej rowerowej wyprawy na wschód Polski rozpoczęliśmy w miasteczku – śmiało możemy rzec – niezwykłym. A mało brakowało, żebyśmy tutaj w ogóle nie przyjechali! Szlak GreenVelo, który w ogólnym zarysie miał wyznaczać naszą trasę, wiedzie z Rzeszowa na południe, do Dynowa. Omija takie miasta jak Jarosław i można powiedzieć, że jest to wielka strata dla… GreenVelo! Świadomy turysta trafi do Jarosławia na pewno, skuszony licznymi zabytkami tego historycznego grodu i być może, tak jak my, ominie przez to kawałek Wschodniego Szlaku Rowerowego…
Nasze poranne zwiedzanie Jarosławia rozpoczęliśmy od Mszy Świętej w Kolegiacie Bożego Ciała. Świątynia jest wciąż w trakcie renowacji (tylna część wnętrza), ale to, co już jest zrobione, wzbudza niekłamany podziw. Kolegiata to kościół pojezuicki, barokowy budowany w czasach kontrreformacji – takie świątynie miały zachwycać i robią to do dzisiaj! Zdjęcia w dzisiejszej galerii tylko próbują oddać to, co zobaczyliśmy tutaj na własne oczy. A był to dopiero początek Jarosławskich atrakcji! Po drodze na mszę mijaliśmy w pośpiechu rynek i już sam taki przejazd wystarczył, żeby wiedzieć gdzie musimy wrócić zaraz po nabożeństwie. Wspaniały Ratusz i układ urbanistyczny z zachowanymi kamieniczkami na czele z najcenniejszą Kamienicą Orsettich, to zabytki których nie powstydziłby się niejeden turystyczny ośrodek pokroju Sandomierza i podobnych. Nasz przewodnik twierdzi, że to najładniejszy rynek na Podkarpaciu, my zaryzykujemy stwierdzenie, że może stawać w szranki w poważniejszych zawodach! A prócz tego jest w Jarosławiu przecież jeszcze dawny obronny klasztor panien Benedyktynek, jest Cerkiew Przemienienia Pańskiego (greckokatolicka) i szereg innych świątyń, których zobaczyć już nie zdążyliśmy! Nie planowaliśmy tutaj dłuższego przystanku, ale przez te wszystkie atrakcje wyjechaliśmy w dalszą drogę dopiero około południa. Skwar był niemiłosierny…
Pierwsze kilometry jazdy prowadziły nas do Zarzecza, gdzie chcieliśmy zobaczyć XIX wieczny Pałac Dzieduszyckich. Zakładaliśmy raczej odwiedziny z gatunku „pojeździmy po parku i zrobimy fotkę z zewnątrz”, ale tu także skończyło się na zwiedzaniu. Po prostu uznaliśmy, że lepiej przeczekać najgorętsze godziny dnia w przyjemnie chłodnym budynku i zobaczyć przy tym coś ciekawego. Poznaliśmy zatem dość ciekawą historię rodziny właścicieli pałacu, liczącą wiele pokoleń znamienitych Polek i Polaków, zasłużonych dla kraju. Zarzecze było także jednym z miejsc pobytu ks. Stefana Wyszyńskiego w czasie wojny.
Z Zarzecza udaliśmy się w dalszą drogę do Pruchnika. Według naszej mapy i przewodnika miejscowość ta słynie z małomiasteczkowego układu urbanistycznego z nielicznymi zachowanymi charakterystycznymi domami drewnianymi z podcieniami. I faktycznie takie domy w „rynku” znaleźliśmy, ale prawdę mówiąc, gdybyśmy wiedzieli, ile tego jest i jakie jest sąsiedztwo (paskudne PRL-owskie budownictwo w miejscu zburzonych domów), to prawdopodobnie planowalibyśmy naszą trasę nieco inaczej. A tak, mając już kilkanaście minut po godzinie 16-tej, brak perspektyw na nocleg w okolicy i jeszcze odgłosy burzy w oddali, zaczęliśmy się zastanawiać… co dalej?! Ambitny plan na dziś zakładał zdobycie przyczółka tuż pod Przemyślem, ale to było jeszcze jakieś 20 kilometrów jazdy, na dodatek w części pod solidną górkę. Ten sam plan nie zakładał natomiast tego, że zabawimy tak długo w Jarosławiu…
W końcu posileni nieco, nabrawszy odwagi i animuszu, powzięliśmy decyzję – jedziemy! Będziemy na miejscu późno, będziemy wymęczeni i być może zmokniemy (zmoknęliśmy oczywiście…), ale damy radę! I pojechaliśmy… Burza nas ominęła, ale prysznicowy deszczyk już nie. Pod górkę bardziej pchaliśmy rowery niż jechaliśmy, a na kilka kilometrów przed końcem dzisiejszej trasy, przy wjeździe do lasu na zielonym turystycznym szlaku pieszym napotkaliśmy takie oto ostrzeżenie: UWAGA OSTOJA NIEDŹWIEDZIA NIEBEZPIECZEŃSTWO SPOTKANIA. 😀 Super! Drogi innej za bardzo nie ma, zaraz zacznie się ściemniać, a tu leśnicy straszą krwiożerczymi bestiami, czyhającymi na rowerzystów… Pojechaliśmy dalej, w końcu w Bieszczadach też niedźwiedzia można spotkać, ale raczej na szlakach często się to nie zdarza… i nam również się dziś nie przydarzyło. Na szczęście! Za to w pewnym momencie drogę przebiegła nam spłoszona sarna. Pytanie tylko, kto był tym spotkaniem bardziej wystraszony… 😀
W końcu wymęczeni całym dniem duchoty i upału otrzymaliśmy upragnioną nagrodę – wieniec dla zwycięzców! Złożyły się nań przepiękne widoki doliny Sanu spowitej w wieczornej mgle, towarzyszące nam podczas zjazdu ostatnich kilkaset metrów już na nocleg… To był naprawdę dobry dzień!
P.S. Dojechaliśmy tak zmęczeni, że nie było mowy o pisaniu czegokolwiek na bloga, dlatego relację z tego dnia sporządziliśmy nazajutrz, na spokojnie, w Przemyślu 30 lipca AD 2018. 😉

Total time: 10:49:07


















