Były już asfalty, piaski, szutry, a nawet podmokłe nadbiebrzańskie łąki. Opony naszych rowerów pokonywały przeróżne rodzaje podłoża. Dziś jednak chyba po raz pierwszy jeździliśmy po bagnie… a nawet po wodzie rzec śmiało można! Niemożliwe? Takie rzeczy tylko w Poleskim Parku Narodowym!
Z Urszulina wyruszyliśmy w bardzo dobrych humorach. Pierwsze co zrobiliśmy po przebudzeniu, to sprawdzenie wyniku wczorajszego meczu Polska – Iran w siatkówkę mężczyzn (kibicowaliśmy, ale daliśmy radę tylko do 4 seta, potem zmęczenie nas zmogło). Biało-czerwoni wygrali. 🙂 Zbudowani tą wiadomością oraz tym, że dzień zapowiadał się na dużo chłodniejszy niż poprzedni (rano to była jeszcze dobra prognoza), pełni energii i optymizmu wsiedliśmy na nasze rowery.
Naszym celem numer 1 – zarówno pierwszym, jak i najważniejszym – był Poleski Park Narodowy. Rano podjęliśmy decyzję, że spróbujemy zwiedzić dwie ścieżki dydaktyczne w obwodzie ochronnym Wola Wereszczyńska mianowicie „Dąb Dominik” oraz „Obóz powstańczy”. „Spróbujemy” ponieważ obie ścieżki są dedykowane dla turystów pieszych, a my się z rowerami na długo rozstawać nie lubimy, ot co! Z Urszulina mieliśmy na miejsce naprawdę blisko, więc po niespełna godzinie jazdy stanęliśmy na początku pierwszej ze ścieżek. – Jedziemy rowerami? – spojrzeliśmy po sobie. – Jedziemy! Najwyżej będziemy je prowadzić! – odpowiedź mogła być tylko jedna. Ta decyzja okazała się… być najlepszą możliwą! Dzień był pochmurny, zero turystów, cała ścieżka tylko dla nas. A co to oznaczało w praktyce? Można zobaczyć tylko na zdjęciach – po prostu jeździliśmy po bagnach!
Kolejna ścieżka choć wyrwała nam trochę więcej kilometrów „na bok”, nie była aż tak atrakcyjna, aczkolwiek mieliśmy okazję przejechać przez miejsce, gdzie w czasie powstania styczniowego stał obóz powstańczy. Odległa historia, śladów w terenie praktycznie brak, a mimo to świadomość tego faktu, wzmocniona kilkoma historycznymi tablicami, działała na wyobraźnię. Opuszczając powstańczy obóz, zdaliśmy sobie sprawę, że jest już południe, a my wciąż mamy większość trasy przed sobą… Tak nas bagna Poleskiego Parku Narodowego wciągnęły! Bez zwłoki obraliśmy zatem kurs na zachód do Lubartowa.
Przez kolejne 45 – 50 kilometrów pogoda z przyjemnie chłodnej zmieniła się w nieprzyjemnie zimną z deszczem zacinającym w twarz. Takie rowerowe życie. Przez ponad dwa tygodnie woziliśmy w sakwach kurtki i długie spodnie (wyciągane tylko do zwiedzania cerkwi), a tu w przedostatnim dniu rajdu zostaliśmy zmuszeni wrzucić na siebie pełny „pancerz” przeciwdeszczowy. Skupiliśmy się oczywiście, wobec takich okoliczności, na jak najszybszym dotarciu do Lubartowa na nocleg. Na miejscu deszcz jeszcze się nasilił, ale zdążyliśmy zobaczyć Pałac Sanguszków (cud, miód i orzeszki – szkoda, że mieści siedzibę Starostwa Powiatowego zamiast jakiegoś muzeum) oraz piękną bazylikę św. Anny (w takich kościołach rozumie się wymowę baroku w kontekście kontrreformacji – po prostu zachwycają!). Wkrótce potem nieco zziębnięci i na granicy przemoczenia zakończyliśmy rowerowy dzień.
Jutro według prognoz pogoda ma być nieco łaskawsza, a i program turystyczny niczego sobie! Zarezerwowane bilety na zwiedzanie Pałacu w Kozłówce już czekają. Potem prosto do Lublina! 🙂
Total time: 08:43:40



























