Dzień, na który czeka się cały rok

Jest! Nareszcie! Tak dlugo czekaliśmy, ale w końcu nadszedł ten szczególny dzień – początek urlopu i naszej kolejnej rowerowej wędrówki! W zeszłym roku tak bardzo spodobało nam się pisanie dziennika wyprawy szlakiem Green Velo, że zamierzamy kontynuować tę, miejmy nadzieję, odtąd zapoczątkowaną tradycję. A gdzie w tym roku rowery poniosą?

Nasze rowerowe wyprawy z ubiegłych lat pomału zaczynały wpasowywać się w schemat pt. „wzdłuż granic Polski”. W 2014 roku przejechaliśmy trasę mając u lewego boku polskie wybrzeże Bałtyku (Świnoujście – Hel), w 2015 kontynuowaliśmy pętlę przez Warmię i Mazury, by w roku 2016 odkryć piękno „ściany wschodniej” z pomocą szlaku Green Velo (głównie w woj. podlaskim). Gdy więc przyszedł czas na planowanie obecnej, nasze pierwsze myśli skierowały się do Lublina, gdzie ostatnio skończyliśmy rajd. Naturalnym byłoby zatem zacząć kierować się stamtąd dalej na południe, przez Zamojszczyznę, Roztocze ku Podkarpaciu… Brzmi kusząco, ale jednak innym razem! Trochę na przekór, by wyrwać się ze schematu, w tym roku zdecydowaliśmy się wyruszyć na zwiedzanie województwa kujawsko-pomorskiego (a kto wie co przyniosą kolejne rajdowe dni😉).

W końcu nadszedł więc ten upragniony poranek. 29 lipca 2017. Zaczęliśmy nieludzko wczesną pobudką o 4:30, wszak pociąg PKP Inter City „Mieszko” relacji Wrocław Główny – Gdynia Główna odjeżdżał już o 6:18. Jako ostatni akt niemal trzydniowego procesu pakowania zarzuciliśmy sakwy na nasze rowery i… witaj przygodo! Zaczęło się już na dworcu! 😉 Do tego, że zazwyczaj nie ma wagonów rowerowych i trzeba polować na specjalne pociągi zdążyliśmy się już na kolei przyzwyczaić. Ale żeby dwa wagony rowerowe na dwóch różnych końcach składu podstawili, tego nasze oczy jeszcze nie widziały! W związku z czym (a jakżeby inaczej!) najpierw zapakowaliśmy się do niewłaściwego wagonu… Na szczęście szybko się zorientowaliśmy i bieg po peronie pozwolił uniknąć focha konduktora😉.

Na miejsce desantu dla rajdu w kujawsko-pomorskie wybraliśmy… wielkopolski, prastary, królewski, piastowski gród –  Gniezno! Jeszcze na dobre nie wsiedliśmy na rowery po opuszczeniu pociągu, a już zwiedzaliśmy Matkę wszystkich polskich kościołów, Bazylikę prymasowską Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny. To naprawdę fascynujące móc na własne oczy zobaczyć miejsca i pamiątki tak mocno związane z początkami wszystkiego tego, czemu dziś (i już wtedy) na imię Polska. Relikwiarz św. Wojciecha, głównego patrona polski, romańskie Drzwi Gnieźnieńskie opisujące jego żywot, jak i sama archikatedra, będąca świadkiem koronacji pięciu pierwszych królów Polski, są z pewnością już teraz jednymi z najważniejszych miejsc jakie odwiedzimy w czasie tej wyprawy.

Mimo takich znakomitości już na początku trasy, nie mogliśmy zbyt długo zabawić w jednym miejscu. Nadszedł najwyższy czas na prawdziwą rowerową rozgrzewkę, dlatego obraliśmy kurs na Biskupin i pożegnaliśmy pierwszy i ostatni wielkopolski przystanek na naszej tegorocznej trasie. Po około 40 km jazdy przez piękne, zalesione okolice (duuuużo cienia! lubimy cień!), tuż przed znanym szeroko Biskupinem, za radą przewodnika, zwiedziliśmy bardzo niepozorny z zewnątrz drewniany kościółek pw. Św. Mikołaja w Gąsawie. W środku skrywał niezwykle bogate barokowe malowidła, rzecz raczej niespotykaną w takich świątyniach (podobno są największe w swoim rodzaju w Polsce).

Stąd pozostały już niespełna 3 kilometry do Muzeum Archeologicznego w Biskupinie, które było naszym właściwym, wieńczącym pierwszy dzień rajdu celem. Odkryte w tym miejscu w latach 30-tych XX wieku niezwykłe archeologiczne ślady osady obronnej kultury łużyckiej pozwoliły dokonać wielu odkryć naukowych na jej temat oraz zaprezentować rekonstrukcję grodziska pozwalającą laikowi wyobrazić sobie jak wyglądało codzienne życie ludzi zamieszkujących te tereny 700 lat przed Chrystusem. Resztę naszego dnia, po zakwaterowaniu w pobliskim Domu Muzealnika, spędziliśmy spieszeni (jak kawaleria bez koni, tak my bez rowerów) zwiedzając tutejsze ekspozycje. (Nawiasem mówiąc: Michał był już kiedyś w Biskupinie… 20 lat temu – to brzmi naprawdę źle).

Jutro jedziemy sprawdzić czy myszy naprawdę zjadły króla Popiela!

 

 

Total distance: 43.06 km
Total time: 05:25:56