To już trzeci dzień naszych wojaży w Borach Tucholskich. Dziś jednak dotarliśmy do ich serca, chronionego w ramach parku narodowego. Ponadto przekonaliśmy się o urokach lokalnych szlaków rowerowych, promowanych pod nazwą Kaszubska Marszruta. Pisząc krótko – rowerowy raj!
Rankiem powtórzyliśmy klasyczny już schemat zwiedzania zabytkowego centrum miasteczka, do którego dojechaliśmy dzień wcześniej na nocleg. Chojnice zdecydowanie mogą pochwalić się zadbanym rynkiem, wartym zobaczenia przez turystów. Zrobiliśmy pamiątkowe zdjęcie i ruszyliśmy na trasę, a dziś były w planach dukty nie byle jakie. Po kilku kilometrach jazdy staliśmy bowiem u wrót Parku Narodowego „Bory Tucholskie”. Ten sam kompleks leśny, przemierzany przez nas już od dwóch dni, a jednak taki inny!

Symbolami parku są oczywiście zawarte w jego logo jeziora i lasy na czele z dominującą sosną zwyczajną. Ale co robi tam głuszec, ptak którego już od wielu lat nie zaobserwowano na terenie Borów Tucholskich? Jest przestrogą przed tym, jak łatwo utracić gatunki zagrożone bezmyślnością człowieka (polowania, a po objęciu ochroną gatunkową kłusownictwo). W Polsce występuje już tylko w trzech miejscach, a populację szacuje się na tylko 500 – 750 osobników!
Wiedząc czego się spodziewać (sosen i jezior), a czego nie (głuszca), wjechaliśmy do parku i zostaliśmy z miejsca zauroczeni. Zero samochodów (no, poza jednym pracowników parku…), masa pięknych owadów (ważki!), malownicze wzniesienia oraz zagłebienia terenu i… praktycznie brak turystów. Dopiero w połowie trasy napotkaliśmy innych rowerzystów jadących w przeciwnym kierunku. Poza tym byliśmy sam na sam z przyrodą, nie tykaną ludzką ręką (nawet leśnika). Postanowiliśmy wykorzystać to do maksimum i przemierzyliśmy dwa główne odcinki szlaków rowerowych w parku (poza nimi poruszanie się jest oczywiście zabronione), wyjeżdżając dopiero w okolicach leśniczówki Bachorze. Stamtąd pomknęliśmy dalej znakomitymi ścieżkami rowerowymi Kaszubskiej Marszruty (ścieżki zostały zrealizowane w ramach projektu pod tą nazwą – zrobione naprawdę z głową, bo izolują od ruchu samochodowego – świetna robota!).
Na nocleg i nieco popołudniowego wypoczynku połączonego z małym praniem, zatrzymaliśmy się we wsi o niezwykle ciekawej nazwie – Swornegacie. Pochodzi ona od gacenia (umacniania) brzegu Jeziora Karsińskiego i rzeki Brdy sworami czyli plecionkami z korzeni, czym trudniła się z dawien dawna tutejsza ludność. Prawidłowa nazwa powinna zatem brzmieć Swornegace, ale nieznający kaszubskiej mowy topografowie i urzędnicy zapisali ją w ten sposób wiele lat temu podług swej intuicji. I tak już zostało, choć miejscowi bronią się przed tym odmieniając np. „w Swornegaciach” zamiast „w Swornychgaciach”. Tyle przynajmniej czytamy w naszym przewodniku, z którego czerpiemy te mądrości! 😉
Jutro będziemy się pomału żegnać z Borami Tucholskimi, co nie znaczy że zabraknie lasów. Kaszuby stoją przed nami otworem – kierunek Kościerzyna, choć pewnie zatrzymamy się gdzieś nad Jeziorem Wdzydze.
Total time: 05:11:48



























