Uciekając przed deszczem

Nie będziemy trzymać w napięciu, bo tytuł budzący grozę – deszcz nas dzisiaj w końcu dopadł. Ostatni raz zostaliśmy tak „zlani” kilka lat temu nad morzem. Ale podobnie jak wtedy, czekał dziś na nas ciepły dom, gdzie mogliśmy się wysuszyć, a turystyczne delicje po drodze wynagrodziły odrobinę wody w butach…

Dzień zaczęliśmy na magnackich pokojach pałacu w Sieniawie. Metraż apartamentu (większy niż naszego wrocławskiego lokum :D), hotelowe śniadanie z naleśnikami i kawą z ekspresu oraz ogólna atmosfera „luksusu” tak się nam udzieliły, że dosiadanie naszych rumaków w zimny, siąpiący deszczem poranek było niemal jak kubeł zimnej wody na głowę… „Jesteście na rajdzie! Wracać do pedałowania!” – pogoda zdawała się do nas krzyczeć już od rana i jak się później okazało czekała nawet z prawdziwym kubłem. 😉

Z sennej o poranku Sieniawy, wdzięczni za królewską gościnę, obraliśmy kurs na jeszcze bardziej znaną magnacką rezydencję. Do tej pory poruszaliśmy się wzdłuż Sanu, teraz oś naszej podróży miał natomiast wyznaczać Wisłok. Schemat jak z poprzednich dni powtórzył się niemal idealnie, z jednym wyjątkiem dla pogody. Przejechaliśmy kilkadziesiąt kilometrów w dobrym tempie, odziani w lekkie kurtki i białe okulary, ponieważ słonko było dobrze schowane, a niepracujące na pedałach ramiona zwyczajnie marzły – taki to polski lipiec! Do Łańcuta wjechaliśmy około południa i wypogodziło się już na tyle, że byliśmy w stanie wrócić do „rynsztunku” letniego. Nawigacja ustawiona na zamek znów niezawodnie doprowadziła nas pod same wrota, a tam spotkało nas lekkie zaskoczenie – zakaz jazdy rowerem po parku! A samochody jeździły mimo, że dla nich też był zakaz! Święte oburzenie… trwało tylko przez chwilę, bo oto po krótkim spacerze naszym oczom ukazał się widok, dla którego tu przyjechaliśmy. Zamek w Łańcucie prezentował się tak samo pięknie jak ostatni raz, gdy tu byliśmy (wcale nie tak dawno temu). Zrobienie obowiązkowej fotki zajęło nam chwilę z powodu licznych grup turystów, kręcących się w tę i z powrotem. 😉 Wkrótce potem, robiąc szybki rachunek uwzględniający porę dnia, prognozy pogody oraz długość dalszej trasy do przebycia, ustaliliśmy nasze priorytety – zwiedzamy przede wszystkim to, czego nie udało nam się zobaczyć ostatnim razem. 🙂 Zamek zszedł zatem na drugi plan, na pierwszy zaś wysuneły się pozornie drugorzędne atrakcje, skryte nieco w cieniu przesławnej łańcuckiej rezydencji.

Najpierw udaliśmy się do Synagogi, jednego z najcenniejszych zabytków żydowskiej architektury sakralnej w Polsce. Bożnica przetrwała II wojnę światową, mimo iż została podpalona przez Niemców. Dzięki szybkiej interwencji ordynata łańcuckiego, Alfreda Antoniego Potockiego, okupant pozwolił ją jednak ugasić. Od tego momentu była używana jako magazyn zboża i groziło jej po wojnie nawet wyburzenie, ale od tego tragicznego losu uratował ją dr Władysław Balicki, którego zaangażowanie pozwoliło pozyskać środki na remont. Dziś Synagoga w Łańcucie jest jedną z niewielu zachowanych w Polsce.

Z synagogi udaliśmy się do powozowni zamkowej, bynajmniej nie po to, aby oglądać powozy (są bardzo interesujące, ale robiliśmy to podczas ostatniej wizyty). Tym razem zajrzęliśmy do niepozornej izby przenaczonej na Dział Sztuki Cerkiewnej Muzeum Zamek w Łańcucie. Na naszych oczach, grupa turystów mających karnet „na wszystko” zignorowała to miejsce, nie wiedząc nawet co tracą. W środku przechowywane (i częściowo eksponowane) jest bowiem wszystko to, co udało się ocalić z cerkwi pozostałych na terenie Polski po wysiedleniu ludności ukrainskiej w 1945 roku i w ramach akcji „Wisła”. Niechciane świątynie po prawosławnych w najlepszym wypadku adaptowane były na kościoły, w najgorszym niszczały lub były celowo burzone. W obu przypadkach przepadało bezcenne dziedzictwo materialne tych ziem – zwłaszcza ikony! Na szczęście sporo udało się ocalić i można to teraz chociaż w części podziwiać w Łańcucie. Warto!

Nadrobiwszy turystyczne zaległości z najbliższej zamku okolicy, zjedliśmy jeszcze obiad i postanowiliśmy ruszyć w dalszą drogę. Decyzję bardzo ułatwiły chmury nadciągające ze wschodu, które w lepszym wariancie oznaczały deszcz, a w gorszym burzę. Do dzisiejszego celu naszej rowerowej wędrówki – Rzeszowa – wciąż pozostawało nieco ponad 20 kilometrów. Wszystko wskazywało na to, że kolejny raz nam się uda, ale… się nie udało. 😀 Deszcz nas dopadł, najpierw z wolna kapiąc, a chwilę później odkręcając prysznic do końca. Nie pozostało nic innego jak zatrzymać się, przywdziać pelerynki i przeczekać „żywioł”. 😉 Sakwy zdały egzamin i wody do bagaży nie puściły, a i nas peleryny całkiem dobrze osłoniły. Na tyle, że byliśmy w stanie wciąż w niezłym komforcie dotrzeć do Rzeszowa, do naszej Cioci, która dziś zechciała nas ugościć. Na nic sieniawskie pałace, wobec gorącej zupy w rodzinnych progach! 🙂

W Rzeszowie planujemy zostać jeden dzień, jak to mamy w zwyczaju w większych miastach, żeby trochę pozwiedzać i wysuszyć tyłki. Tym samym pierwszy etap rajdu za nami, chwila przerwy od bloga i miejmy nadzieję „do przeczytania” już wkrótce, z powrotem na szlaku. 🙂

 

 

Total distance: 63.82 km
Total time: 10:51:19