Pieszo-rowerowe Dolinki Krakowskie

Sezon rowerowy 2018 rozpoczął się w pełni, więc było tylko kwestią czasu, kiedy odświeżymy stronice naszego bloga jakimś nowym wpisem. Nie trzeba było długo czekać na pierwszą „niepowszednią” wycieczkę wartą uwiecznienia tutaj, bo już w majówkę (choć to jeszcze nie maj!) wybraliśmy się na mały, jednodniowy wypad na Jurę Krakowską, a konkretnie w przesławne Dolinki Krakowskie, których dotąd nie mieliśmy okazji zasmakować. Oj działo się, działo…

Plan był prosty jak konstrukcja cepa – korzystając z gościnności rodziców, a co za tym idzie dogodnej bazy wypadowej na Śląsku, zapakować rowery na samochód i ruszyć w małą podróż sentymentalną, choćby na jeden dzień! Kilka lat temu jednym z pierwszych naszych wspólnych wielodniowych rajdów był przejazd Szlakiem Orlich Gniazd (głównym, pieszym, czerwone znaki) od Krakowa do Częstochowy. Malownicze okolice Doliny Prądnika w Ojcowskim Parku Narodowym (OPN) wyryły w naszej pamięci tak piękne wspomnienia, że ilekroć je przywoływaliśmy, jednocześnie snuliśmy mgliste plany powrotu w te okolice. Dziś miało się to w końcu udać, a na przystawkę przed daniem głównym zamówiliśmy nie lada atrakcję – Dolinki Krakowskie – w skali kraju pewnie mniej znane, ale nie bez kozery chronione w ramach Parku Krajobrazowego.

Naszą wycieczkę rozpoczęliśmy u granic Jerzmanowic, niewielkiej wsi położonej tuż przy DK94 do Krakowa, po to aby mieć w miarę łatwy dostęp do dolinek, a pod koniec dnia gładki powrót z OPN. Ruszyliśmy stąd na południe, starając się trzymać szlaków rowerowych (przewijały się dzisiaj chyba we wszystkich kolorach tęczy!) i już po pierwszych metrach nasze twarze rozjaśniał szeroki uśmiech. Tu skałka, tam ostaniec, a jeszcze dalej inna wychodnia – po prostu Jura! Krajobraz jest tu tak niepowtarzalny, że zawsze wzbudza zachwyt, mimo iż przemierzaliśmy dopiero zwykłe podkrakowskie wsie, pola i łąki. Jakież skarby miały na nas czekać w dolinach w których człowiek zasadniczo nigdy mocno nie gospodarował (czyt. niszczył) i które zachowały swój unikalny charakter do dzisiaj? Odpowiedzi mieliśmy uzyskać już w pierwszej dolinie na naszej dzisiejszej trasie.

Dolina Będkowska to miejsce znane przynajmniej z dwóch powodów. Pierwszym jest Sokolica – skała wapienna o najdłuższej drodze wspinaczkowej w Polsce poza Tatrami (wg. tablic informacyjnych jest to 80 m). Drugim jest Brandysówka – kultowe wśród wspinaczy gospodarstwo/schronisko (agro)turystyczne (podobno, nie jesteśmy wspinaczami, więc trudno nam to potwierdzić). Jedno i drugie ściąga tu oczywiście rzesze ludzi. Nas prócz wymienionych wyżej atrakcji, zachwyciły również inne, nie mniej istotne, takie jak wywierzysko (bardzo wydajne źródło krasowe) dające początek Będkówce oraz wodospad Szum, jeden z nielicznych na Jurze, a do tego najwyższy bo uwaga, uwaga… mierzący 4 metry! 😀 Tutaj jest to wynik wystarczający do bycia czempionem! 😉

Z Doliny Będkowskiej, która nie sprawiła nam jeszcze wielu problemów terenowych, choć była zwiastunem późniejszych trudności technicznych na trasie (technicznych od techniki jazdy) udaliśmy się do sąsiadki – Doliny Kobylanki. Czerwony szlak rowerowy tak miło zachęcał do wjazdu, lecz im dalej w głąb doliny, tym bardziej przecieraliśmy oczy ze zdumienia. O ile zazwyczaj nie jesteśmy zdziwieni trudniejszymi odcinkami na szlaku i traktujemy je raczej jak miłe urozmaicenie od jazdy „po prostym”, o tyle w tym wypadku znakujący posłużył się ciekawą definicją „szlaku rowerowego”. Owszem, krajobraz zacisznego wąwozu porośniętego lasem liściastym wart był każdego wysiłku, aby doń dotrzeć, ale sugerowanie turyście, że zrobi to na rowerze, było dużym nadużyciem. Szaleńcy na rowerach MTB – być może, zwykli zjadacze rowerowego chleba (dobrze, że tym razem bez sakw!) – nie bardzo. W 2/3 doliny zsiedliśmy z rowerów i resztę drogi do jej początku pokonaliśmy pchając nasze maszyny pod górę… jak w górach. Beskidzkie szlaki by się takich stromizn i wąskich ścieżek nie powstydziły. 😉 Podsumowując – to nie jest szlak na niedzielną wycieczkę z dziećmi – przynajmniej nie ten odcinek. 😉

Pomni tego, co może nas czekać jadąc w głąb tych jakże pięknych i kuszących, ale także stromych i nie zawsze gościnnych dla rowerzystów dolinek, u wejścia do kolejnej stwierdziliśmy, że tym razem się tylko ładnie przywitamy, pozdrowimy wspinaczy, którzy opanowali okolicę i ruszymy dalej zwyczajnymi, lokalnymi drogami. Zastukaliśmy zatem grzecznie do wrót Bramy Bolechowieckiej i cofając się kawałek po własnych śladach ruszyliśmy do ostatniej na naszej dzisiejsze trasie Doliny Prądnika. Na deser! 🙂

Do Ojcowskiego Parku Narodowego zjechaliśmy stromym zboczem od strony wsi Biały Kościół i w momencie, w którym pędząc jak wiatr dotarliśmy do dna doliny, od razu wróciły piękne wspomnienia z naszego ostatniego rowerowego pobytu w tej niezwykłej okolicy. Trudno opisać wrażenia towarzyszące wycieczce rowerowej w górę Prądnika, do Ojcowa – to trzeba zobaczyć samemu! Gdybyśmy mieli przygotować ranking naszych ulubionych odcinków rowerowych w Polsce, to te kilka kilometrów od granic OPN na południu do Ojcowa bez wątpienia znalazłoby się w pierwszej dziesiątce. Niech to wystarczy za rekomendację. A kto jeszcze tam nie był, ten gapa i niech szybko nadrabia! 😛

Pętelkę zakończyliśmy kolejną już tego dnia (och, ile ich było!) serią podjazdów, którymi wyjechaliśmy spod ojcowskiego zamku z powrotem do miejsca startu. Nie przejechaliśmy nawet 50 km, takie rowerowe niby-nic, ale wrażeń było co niemiara! Zwłaszcza pchając rowery pod górkę… 😉

 

 

Total distance: 49.03 km
Total time: 08:33:21